WYPRAWY / PODRÓŻE

WYPRAWY
FILMY
Ostatnia aktualizacja:
25 styczeń 2011

WYPRAWA CHORWACJA 2010 2/2

opis przesłany przez: Marcin Lubecki (marcinSC33)

wyświetlono: 9482 razy
... ciąg dalszy opisu ze strony pierwszej

Dzień piąty

Regulujemy rachunek za kemping i wyjeżdżamy około 6 rano. Kierujemy się w kierunku Zadaru magistralą adriatycką. Po lewej ciągle widzimy morze a po prawej wyższe lub niższe góry. Mijamy pospiesznie Trogir, Primosten (pięknie umiejscowiony na półwyspie).

Primosten - widok z magistrali Adriatyckiej Sibenik

Robimy postój w Sibeniku zastanawiając się czy nie odwiedzić Parku Narodowego KRK (rzeka KRK tworzy na terenie parku bardzo dużą ilość przepięknych wodospadów). Ponieważ z Sibeniku do Parku KRK jest około 20km decydujemy się podjechać. Niestety bramy są jeszcze zamknięte, musimy czekać godzinę do otwarcia. Podsumowując za i przeciw (cena biletu też dość wysoka plus czas oczekiwania i gorąco) decydujemy się odpuścić ten punkt i dotrzeć jak najszybciej do Zadaru. Wracamy na właściwą drogę, mijamy Vodice i robimy przerwę na śniadanie nad morzem przed Biogradem. Dzika kamienista plaża okazuje się najmniej trafionym miejscem ze względu na wszechobecny syf (pełno wszelkiego rodzaju papierków, opakowań itd.). Szybko oddalamy się z tego miejsca, które niczym nie przypominało pięknej Chorwacji z folderu w biurze turystycznym. Po kilkudziesięciu kilometrach jesteśmy w Zadarze. Zaczynamy poszukiwania kwatery pytając miejscowego motocyklistę (standardowo z nieczytelną tablicą, w adidasach ale miał nawet kask i kurtkę więc ten z ambitniejszych :D). Biker okazuje się bardzo chętny do pomocy, prowadzi nas parę kilometrów przez miasto na kemping Borik gdzie jednak nie mają dla nas miejsca. Na szczęście w okolicy kempingu jest mnóstwo prywatnych kwater i mniej więcej po godzinie meldujemy się w dwóch osobnych pokojach w bardzo fajnym standardzie. Jesteśmy ogromnie zgrzani więc szybki prysznic, rozpakowanie bagaży i relaksująca kąpiel w morzu. Jako, że nie jesteśmy typami plażowiczów wystarcza nam dwie godzinki takich atrakcji i śmigamy na miasto. Zadar robi na nas wrażenie trochę zaniedbanego, przemysłowego, portowego miasta. Jadąc nabrzeżem docieramy do centrum, w którym zwiedzamy pozostałości rzymskiego forum oraz innych budowli rzymskich, kilka zabytkowych kościołów. Stare miasto otoczone jest bramami bodajże z dwóch stron.

Zadar - parking w centrum Zadar - bramy miasta Zadar - zabytki Zadar- nadmorski deptak z wbudowanymi, unikatowymi organami wodnymi

Od polskich turystów usłyszeliśmy , że warto zobaczyć a właściwie usłyszeć organy wodne wbudowane w nabrzeże niedaleko przystani promowej. Szukamy tego ciekawego miejsca dość długo aż w końcu natrafiamy. W praktyce okazuje się, że jest to system kamiennych stopni w nabrzeżu, gdzie wpływająca morska woda powoduje wytwarzanie dĽwięków o różnej częstotliwości. Odwiedzamy to miejsce jeszcze kilka razy o różnych porach dnia i stwierdzamy, że ma ono swój niepowtarzalny urok. Wieczorem wpatrując się w piękny zachód słońca przy wzburzonym morzu można usłyszeć niepowtarzalny koncert. Po zwiedzeniu wszystkich pozycji z naszego przewodnika udajemy się na kawę i pizzę (to najtańsze danie w chorwackim menu jak zauważyliśmy – wszędzie jest smaczna). Do wieczora szwędamy się po okolicy i oczywiście wracamy posłuchać dĽwięków morza o zachodzie słońca.

Widok z nabrzeża w Zadarze Zadar - panorama - widok z PREKO

Ciekawostką jest, że kaski na czas związania ciągle pozostawiamy bez zapięć na motocyklach jak większość motocyklistów tutaj (jest nawet przywieszony na lusterku Yamahy FZ1 Arai RX7GP za ok. 3000zł i nikt go specjalnie nie ma ochoty „zajumać” choć stoi tak od rana do wieczora). Decydujemy się na pozostanie tutaj jeszcze przez jeden dzień. Plan jest taki żeby wybrać się jutro na wyspę Pag albo na kilkugodzinny rejs po archipelagu wysp kornati (koszt ok.30E od osoby z wyżywieniem).

Dzień szósty

Zmęczeni wczorajszym zwiedzaniem śpimy dość długo rezygnując tym samym z rejsu na archipelag wysepek Kornati. Wszyscy mamy chęć gdzieś popłynąć więc jedziemy do przystani promowej, kupujemy bilety do Preko. Preko to miejscowość na pobliskiej wyspie Ugljan – około 20 minut promem od Zadaru (koszt w przeliczeniu z kun chorwackich to około 3E/os w jedną stronę). Zostawiamy motocykle na parkingu i śmigamy promem na wyspę. W Preko spędzamy kilka godzin pływając w morzu i ogólnie leniuchując.

Prom do Preko widok z promu

Standardowo idziemy na pizzę. Pierwszy raz spotykamy się także z dystrybutorami na stacji benzynowej służącymi do tankowania skuterów wodnych (umiejscowionymi od strony wody w ten sposób, że goście podpływali skuterami). Około 17 wracamy do Zadaru (promy kursują co jakieś 40 minut, wiele osób pływa nimi np. do pracy). Po powrocie obmyślamy plan na kolejny dzień. Decydujemy się dotrzeć do wyspy KRK jadąc magistralą adriatycką więc musimy bardzo wcześnie wstać po raz kolejny. Pod wieczór jedziemy jeszcze na chwilę na molo popatrzeć na zachód słońca, posłuchać organów wodnych. Natrafiamy także na coś w rodzaju łodzi podwodnej oferującej komercyjne kursy po 15E/os/za 15 minut. Wracamy szybko na kwaterę i idziemy spać. Warto wspomnieć, że Chorwaci są bardzo gościnni, bez problemu korzystamy z kuchni, częstują nas piciem i pożyczamy jakieś przyprawy.

Dzień siódmy

Ruszamy około 6 rano – mimo , że dzisiejsza trasa niezbyt długa , raptem ok.300km to jednak wiele osób ostrzegało , że bardzo wymagająca i męcząca. ¦migamy pustymi drogami kierując się na miejscowość Starigrad i odtąd zaczynają się przepiękne widoki. Jesteśmy na Magistrali Adriatyckiej biegnącej praktycznie przez całe wybrzeże Chorwacji po lewej stronie podziwiamy błękitny Adriatyk w tle widać wyspę o księżycowym krajobrazie – Pag (z naszego punktu widzenia krajobraz pustynny i lita skała ale robi wrażenie).

Magistrala Adriatycka Magistrala Adriatycka Magistrala Adriatycka Magistrala Adriatycka Magistrala Adriatycka Magistrala Adriatycka Magistrala Adriatycka

Kolejna większa miejscowość to Karlobag tu robi się już totalnie bajecznie a winkle to czysta poezja, aż żal, że nie mamy zbytnio możliwości polatać na tym odcinku w ulubionym stylu. Odcinek Karlobag – Senj obfituje w cudowne widoki, klify sięgają kilkudziesięciu metrów, po prawej mamy góry Velebitu – surowe i dzikie. Zaludnienie na tym odcinku jest minimalne, można podsumować , że przez kilkadziesiąt kilometrów poza kilkoma większymi miejscowościami krajobraz nie skażony jest ludzką egzystencją (widzieliśmy raptem kilka osad składających się z pojedynczych zabudowań – w większości sprawiających wrażenie pustostanu). Przed Senj szukamy zjazdu na Jablanac gdyż chcemy zobaczyć zatokę/fiord Zavratnica , w której spoczywa zatopiony wrak łodzi podwodnej. Zjeżdżamy zbyt szybko i dojeżdżamy około 1km drogą gruntową rodem z enduro do przepaści ogrodzonej drewnianymi barierkami – widok z tego miejsca jest magiczny.

fiord zavratnica z góry

Zostajemy chwilę podziwiamy wyspę Rab, żałujemy , że nie mamy więcej czasu ponieważ warto byłoby popłynąć na nią promem i pozwiedzać. Wracamy do głównej drogi i po kilku kilometrach zjeżdżamy serpentynami do malutkiej (150osób) ale przepięknej miejscowości Jablanac gdzie zatrzymujemy się pod restauracją/hotelem. Szybka rozmowa z właścicielem, który udostępnia nam pomieszczenie na zapleczu abyśmy mogli bezpiecznie zostawić ekwipunek i przebrać się w wygodniejsze stroje. Po chwili zasuwamy ścieżką przyklejoną do zbocza gór Velebitu ubrani w kąpielówki. Droga do fiordu Zavratnica jest super kilka tuneli w skale i kilkanaście metrów przepaści pod nami. Patrząc w dół co chwilę widzimy pływające, nurkujące osoby, wypasione mniej lub bardziej jachty… żyć nie umierać. Przy odrobinie szczęścia można zobaczyć Delfiny – my niestety aż tyle tego szczęścia nie mamy. Po 20 minutach marszu trafiamy na „ciecia” , któremu trzeba zapłacić równowartość około 4E/os za możliwość kontynuowania wycieczki. Jest to jedyna osoba w Chorwacji z jaką nic nie udało mi się utargować – twarda sztuka. Po zapłaceniu i przejściu kolejnych 300 metrów ukazuje się nam bajkowy widok, zatoka otoczona wysokimi górami, zero ludzi, cisza, błękitna przezroczysta woda (widać dno na głębokość „na oko” ponad 10 metrów). Miejsce można skwitować jednym komentarzem „mały raj na ziemi”.

jablanac zavratnica zavratnica zavratnica

Podziwiamy wrak łodzi podwodnej , który nie robi na nas większego wrażenia – aby naprawdę go obejrzeć trzeba nurkować. Spędzamy w tym urokliwym miejscu chwilę i wracamy przeżywając to co zobaczyliśmy. W geście wdzięczności za użyczoną nam gościnność zamawiamy pizzę u gościa przechowującego nasze graty. Po obiedzie ruszamy dalej i robimy przerwę w Senju. Szymek z Agą decydują się na drzemkę a ja z Eweliną najpierw chłodzimy się w morzu a póĽniej zwiedzamy miasteczko. Główna ulica sprawia bardzo fajne wrażenie ale po chwili spaceru stwierdzamy , że wszystko obok jest zaniedbane, brudne i sprawia niezbyt fajne wrażenie. Wdrapujemy się na wzgórze, gdzie znajduje się twierdza Nehaj. Widok na okolicę jest super, cykamy fotki panoramy.

senj panorama z twierdzy nehaj

Sama twierdza robi na nas słabe wrażenie więc odpuszczamy jej zwiedzanie. Około 16 tankujemy do pełna i ruszamy dalej, mamy ok.100km do celu – wyspy i miasta KRK. Mijamy pospiesznie Crkvenice, Novi Vinodolski i meldujemy się na bramkach aby zapłacić za przejazd mostem na wyspę KRK ok.1,5km kosztuje jakieś 2E. Konstrukcja robi wrażenie, wieje lekki wiatr, kilkadziesiąt metrów niżej morze…jest fajnie. Po kolejnych 25km znajdujemy się w mieście KRK gdzie szukamy noclegu. Pierwszy raz pytamy w agencji turystycznej, która proponuje dwa pokoje dwuosobowe w bardzo oddalonych od siebie częściach miasteczka za 20E/os. Oczywiście szybko im dziękujemy i kilkadziesiąt metrów dalej załatwiamy od ręki kwaterę 2 pokojową za 50E/4os. Właściciel jest bardzo miłym gościem, rozmawiamy – mówi łamaną polszczyzną, okazuje się, że jego syn ma żonę z Krakowa. Ponieważ dość pózno docieramy na zwiedzanie nie zostaje nam zbyt wiele czasu. Robimy dwugodzinny wypad do centrum, spacer, zamoczenie nóg w morzu, kolacja. Miejscowi sprzedają tutejsze specjały, częstują rakiją. Sama wyspa jak i miejscowość nie robi większego wrażenia na nas. Około 22 wracamy na nocleg i ustalamy plan na jutro…dojechać w okolice Budapesztu. Jeśli starczy czasu planujemy odwiedzić oceanarium i wyskoczyć na miasto nocą. Siłą rzeczy żeby zrealizować zamierzenia musimy wstać szybko.

Dzień ósmy

Wstajemy o 4:30 i przed 5:00 wyjeżdżamy. Wyspę KRK przejeżdżamy w ciemnościach, po około 25km mijamy most łączący ją ze stałym lądem (wieje jak w poprzednią stronę). Przez kilka mniejszych miejscowości jedziemy w stronę autostrady. Ponieważ jest jeszcze ciemno ciężko połapać winkle na górskiej drodze ale jakoś nam się to udaje. Wpadamy na autostradę, szybkie tankowanie, kawa i ooogień w stronę Węgier. Około 9:00 jesteśmy w Letenye na granicy. Robimy krótki postój, ustalamy , że jeżeli będziemy mieli dobry czas do Budapesztu to szukamy oceanarium i idziemy zwiedzać a pózniej szukamy noclegu jak najbliżej miasta żeby obejrzeć je nocą. Pusta Węgierska autostrada sprzyja uzyskaniu dobrego czasu przelotu więc śmigamy cały czas w granicach 160-180km/h stając tylko na tankowanie. Momentami odwijamy nieco więcej ale obładowani do granic mamy kiepskie warunki (z dwoma sakwami i pasażerką moto nieco inaczej reaguje na boczne wiatry i inne czynniki) – mimo wszystko pojawiają się czasem cyfry 240km/h (co szczególnie dla Szymka wyposażonego w piętrową torbę na bak kończącą się pod brodą jest dużym wyczynem). W ekspresowym tempie jesteśmy około 12:00 w Budapeszcie. Według planu najpierw zjeżdżamy z obwodnicy aby dotrzeć do oceanarium. W znalezieniu tego miejsca pomaga nam chłopak na DT80 , który podprowadza nas niemal pod same drzwi i udziela pomocnych wskazówek. Po chwili namysłu i jego zapewnieniach , że w tej części miasta jest bezpiecznie przebieramy się na podziemnym parkingu Tesco i mniej wartościowe graty zostawiamy w sakwach na motocyklach. W recepcji oceanarium zostawiamy kaski, kombinezony, buty itd. O możliwość depozytu pytałem z Eweliną więc jak przynieśliśmy 4 komplety ubrań motocyklowych to trochę się pani zdziwiła ilością gratów (szczerze mówiąc w małym pomieszczeniu ledwo się to jej zmieściło…). Oceanarium okazało się dość małe ale najbardziej zależało nam na rekinach, które oglądaliśmy z podziwem przez godzinę więc zadowoliło nasze oczekiwania.

Oceanarium - Budapeszt Oceanarium - Budapeszt

Po zakończeniu zwiedzania udaliśmy się po odbiór garderoby motocyklowej – miła pani z depozytu kazała zaczekać, po czym z zaplecza wyjechała wózkiem z Tesco, w którym bezładnie poukładane były nasze kombinezony, kaski, buty. Wyglądało to dość ekstremalnie buty powkładane do kasków :D nie wiedzieliśmy czy się śmiać czy ją opieprzać. Po powrocie do motocykli okazało się, że nasz kolega na DT80 miał rację nic nie zginęło mimo, że odpięcie torby na bak nie stanowiłoby problemu dla chętnego.

To nie zakupy Przebieralnia parking TESCO

Wskakujemy niechętnie w kombinezony mimo temperatury około 30 stopni i lecimy obwodnicą układając plan gdzie tu znaleĽć miejsce do spania w rozsądnej kasie? Po odwiedzeniu ekstremalnie zasyfionego Hostelu dla tirowców i pięknego hotelu po 30E od osoby stwierdzamy , że trzeba szukać nadal. Przejeżdżamy całą obwodnicę i zatrzymujemy się na wysokości miejscowości Mogyarod gdzie znajduje się słynny Hungaroring. Dziewczyny zostają w barze przy autostradzie a my szukamy noclegu w wiosce – zajmuje nam to z godzinę ale w końcu znajdujemy pensjonacik z super warunkami (jest nawet Klima) po 12,5E/osoba. Lokalizacja też jest super, jakieś 15km do centrum i ok.6km na Hungaroring. Wracamy po dziewczyny, szybki prysznic, zakupy w lokalnym sklepie, kolacja, chwila odpoczynku. Około 19:00 już bez kombinezonów, ubrani „po cywilnemu” jedziemy podziwiać centrum Budapesztu. Robimy kilka przystanków w newralgicznych punktach: Pomnik Tysiąclecia, Plac Bohaterów, Zamek Vajdahunyadvar, Mosty (łańcuchowy, Elżbiety), Wzgórze Zamkowe. Miasto szczególnie nocą jest przepiękne!

,
Pomnik w nowoczesnym stylu Most łańcuchowy Widok na Zamek królewski Jeden z mostów na Dunaju

Około 23 okrutnie zmęczeni zawijamy się na nocleg. Niestety brak nawigacji daje znać o sobie, posiłkujemy się mapą i po raz kolejny ktoś przychodzi z pomocą. Spotkany na stacji benzynowej Węgier na nowej CB1000R bez zastanowienia każe jechać za sobą i wyprowadza nas do obwodnicy. Stojąc obok siebie na światłach rozmawiamy praktycznie za każdym razem…pada fajne pytanie „z polski w takich ciuchach przyjechaliście?”(my w jeansach, koszulkach, adidasach, dziewczyny w klapkach, spodenkach). Jesteśmy wdzięczni gościowi , że nam pomógł ale momentami nie mogliśmy nadążyć (Szymek z non stop otwartą ciemną szybą niewiele widział a ze mnie wiatr mało nie ściągnął koszulki). Niestety do jazdy powyżej 160km/h ktoś wymyślił inne ciuchy :D. Dziękujemy gościowi za pomoc i zapraszamy do Polski – jest „hardkorem” więc mu się na pewno u nas spodoba. Padnięci zasypiamy od razu.

Dzień dziewiąty

¦pimy do oporu (w praktyce około 10:00 jesteśmy gotowi do drogi). Lecimy spojrzeć na legendarny Hungaroring gdzie trwają przygotowania do Formuły1. Kilka szybkich fotek - postanowienie , że kiedyś przyjedziemy tutaj polatać na moto. Wracamy przez wioskę do autostrady i jedziemy w stronę Miszkolca (ostatni fajny, szybki odcinek drogi). Miejscami kropi, psuje się pogoda ale udaje nam się uciec przed deszczem. Około 13:00 przejeżdżamy granicę w Senie…zaczyna się preclowanie przez Słowację (niegdyś mega przyjazny dla motocyklistów kraj , który bardzo lubiłem po wprowadzeniu euro i mega wysokich mandatów stał się totalnie antymotocyklowy…w 2009r za przekroczenie o 20km/h chcieli mi dać 200E „pokutu”). Mimo antymotocyklowych obyczajów tutejszej drogówki dość szybko, bezproblemowo dojeżdżamy do Svidnika gdzie zastaje nas mega ulewa. Tutaj rozstajemy się ponieważ my mamy pełne przeciwdeszczówki i tylko 70km do domu a Szymek z Agą co najmniej 150km. Dojeżdżamy do domu bezpiecznie pełni wrażeń, wspaniałych widoków, wspomnień.

Podsumowanie:

- Przejechaliśmy ok.3000-3200km. Dzienne przebiegi wahały się od 100 - 700km.
- Wydaliśmy na całym wyjeĽdzie ok.2500-2600zł (licząc 9dni za dwie osoby). Oczywiście nie wliczając kosztów przygotowania motocykla, które obniżyliśmy zakładając na koła jak zawsze potorówki Metzelera Racetek’a Interact po 250zł/komplet (wytrzymały spokojnie ok.5000km do wymiany).
- Sprzęty zazwyczaj noclegowały w bezpiecznych warunkach dla pewności wziąłem masywnego U-Locka, którym spinaliśmy je na noc.
- Jeśli ktoś ma jakieś pytania to bardzo chętnie odpowiem – zapraszam na PW.

W tym roku również planujemy jakieś wakacje na moto jeśli tylko fundusze pozwolą - opcji jest kilka ale najbardziej prawdopodobne to:

1. Chorwacja część II – Makarska , Biokovo , Dubrovnik , Kotor , chcielibyśmy też zahaczyć o Słowenię.
2. Alpejskie przełęcze – Passo di Stelvio , Grossglockner Strasse , reszta trasy do uzgodnienia.

Termin 16-30.07.2011 , czas trwania wyprawy zależny od zasobów finansowych oraz konfiguracji trasy (realnie 10-12dni). Jeśli ktoś byłby chętny się przyłączyć do nas albo miał jakieś pytania na temat planowanych czy wcześniejszych wyjazdów to serdecznie zapraszam na pw lub gg bardzo chętnie odpowiem.

STRONY: 1 | 2
Copyright (c) 2007-2010 by Tytus, Serwis FireBlade.pl , All rights reserved - Wszelkie prawa zastrzeżone

HONDA FIREBLADE | CBR 1000RR | CBR 954RR | CBR 929RR | CBR 900RR | SC59 | SC57 | SC50 | SC44 | SC33 | SC28