wyprawy
Wyprawy

Wyprawa Zgorzelec-Alpy-Wenecja 2010

Autor: jarow80 - Jarek Wojnarski ze Zgorzelca

clock 15.05.2026  

Wyprawa Zgorzelec-Alpy-Wenecja 2010

Dzień 1

Plan prosty - pojeździć po winklach, zobaczyć lodowiec i Wenecję. Skład wycieczki: Ja z żonką na 1000RR (SC57a) i Jacek solo na 1000RR (SC59). Już sam start okazał się wyzwaniem. Przed wyjazdem, Jacek do swojej RRy zamontował nawigację, podłączoną ładowarką do specjalnie zamontowanego na tę okazję gniazda. Nie spodziewał się tylko, że takie turystycznie przydatne urządzenie, może stać się pożeraczem Voltów. Gdy spakowani i ubrani siedliśmy na sprzęty, aby rozpocząć naszą wymarzoną podróż ... wyładował się akumulator. Pół godzinne, paniczne pchanie sprzęta po ulicy wzbudziło podziw na twarzach moich sąsiadek z bloku, które to przyglądały się z okien dwóm przerażonym chłopcom. W końcu udało się. Myślimy sobie „ładny początek”, a przed nami tego dnia 650 km do pokonania! Droga do Pragi teoretycznie znana, stąd brak mapy Czech (tylko Alpy). Niestety tylko teoretycznie!!! Praga i jej drogi tranzytowe z licznymi remontami dały nam w kość. Na szczęście tamtejsi kierowcy pojazdów samochodowych mają cechę nie spotykaną nigdzie indziej. Gdy zauważą w lusterku motocykl, od razu zjeżdżają, niekiedy nawet łapiąc pobocze, co jest nie do pomyślenia w tak trudnej dla motocyklistów Polsce. Dojazd do granicy czesko-niemieckiej bez problemowy. Teraz mogłem nawigować posługując się mapą. Od wjazdu do Niemiec drogi zaczęły się takie, jakie się kocha i pamięta – kręte i gładkie. Jedziemy drogą nr 12 w kierunku Passau, miasta nad Dunajem, położonego na zboczu kilku gór, z piękną architekturą - aż chciałoby się pozwiedzać. Ale czas goni, a do celu dzisiejszej trasy, czyli Zell am See jeszcze trochę. Dojeżdżając do Austrii z niecierpliwością wypatrywaliśmy „obiecanych” górskich serpentyn. A tu drogi płaskie jak stół, zakrętów jak na lekarstwo. W miejscowości Scharding tankujemy i kupujemy winietę. Z lokalnej drogi zjechaliśmy na autostradę, omijając Salzburg (podobno piękne miasto) i podążyliśmy dalej ku Alpom, a dokładniej Hohe Tauern. 50 km. trasy w kierunku Zell am See zadziwiło nas swoim pięknem. Po obu stronach szczyty, grubo ponad 2000 m. n. p. m. a droga bez żadnych wzniesień, kręta ale zupełnie inna, niż ją sobie wyobrażaliśmy. Po ponad 550 km. czułem zmęczenie nie w prawej dłoni od ściskania manetki, lecz w lewej od pozdrawiania całej masy motocyklistów spotkanej na trasie. Oczywiście żadnych sportów tylko same chopery, enduraki i nakedy. Pierwszy cel wycieczki osiągnięty. Dojechaliśmy do Zell am See. Bajeczna miejscowość, pięknie wtopiona ze swoim jeziorem w krajobraz alpejskich szczytów. Upał i 2 godzinne poszukiwanie noclegu zostało wynagrodzone pokojem w uroczym pensjonacie Arabella, z dostępem do basenu z cieplutką wodą, metr od jeziora z widokiem na lodowiec. Poznaliśmy tam parę Finlandczyków (ona na 1000RR, a on na ZX10R), którzy opowiedzieli nam swoje wrażenia z miejsc, które my planowaliśmy odwiedzić jutro.

Dzień 2.

Następnego dnia czekała nas wspinaczka na Edelweisspitze 2572 m. i panorama Grosglocknera 3797 m. Wyjazd 9:00. Chcieliśmy zdążyć przed nawałem turystów w kamperach na płatnej hochalpenstrasse. Bramki. Zostawiamy po 18 euro za moto i zaczęło się. 20 km. winkli, agrafek, jak zwał tak zwał. Jacek solo więc szło mu trochę lepiej. Ja z żonką, której zadaniem (oprócz trzymania się mocno baku) było sfilmować co nie co w trakcie jazdy. Udało się, ale zmordowałem się przez te ewolucje mojej żonki na tylnim siedzeniu. Odczuwalny był również spadek mocy na dojazdach do winkli. Coś kiedyś o tym czytałem i nie wierzyłem, że to taka różnica. Szczyt osiągnięty, okupiony jazdą pod górę na jedynce i to na pół sprzęgle. Biedny Repsol - dał radę.
Jesteśmy 2572 m. n. p. m. Chmury ok. 1000 m. pod nami. Przepiękny widok. Parking typu Bikerpoint – fajnie, że są ludzie, którzy myślą o motocyklistach jako o ludziach z pasją, a nie jako dawcach narządów. Zjazd z parkingu i wjazd na drugi punkt, czyli panoramę na Grosglocknera przez mokre tunele i ślepe zakręty, wyzwalał taką adrenalinę, że człowiek był w 7 niebie. Dalej z Jackiem wypatrujemy maszyn typu sport, jak się okazało na marne, same GSy i Transaply. Znów wspinaczka, tym razem przełęcz Plockenpass. Ciekawe miejsce, dużo tuneli, zakręty, choć droga w średnim stanie i strasznie wąska (dwa kampery muszą zjeżdżać na wyznaczone miejsca, aby się minąć). Po zjechaniu z tego masywu ogarnęła nas ochota, aby wdrapać się tam z powrotem. Przed nami jednak kolejny cel podróży do osiągnięcia, a mianowicie Lignano Sabbiadoro nad Adriatykiem. Jazda włoskimi autostradami to jak ucieczka przed bykiem na corridzie w Pampelunie. Tirowcy zjeżdżają z pasa na pas bez kierunków, spychając z drogi inne pojazdy. A umyślne zajeżdżanie drogi, machanie i groĽby rękami to standard. Cel osiągnięty. Camping wprawdzie nie nad samym morzem, ale z basenem, który poprawił nam humory. Wieczór przy niemieckim piwie z Lidla i świeżo poznanym motocykliście z Niemiec minął na planowaniu trasy powrotnej przez Austrię.

Dzień 3.

Następny dzień rano wyjazd do Wenecji, a do pokonania „całe” 70 km po drogach lokalnych. Upał jak diabli. Zwiedzanie Wenecji w sezonie wakacyjnym to jak strzelenie sobie samobója. Za dużo ludzi, ulice przepełnione jak po zakończonym koncercie Stinga. Po zwiedzaniu, krótka wycieczka na plażę w Lignano. Ogólnie bez rewelacji plaża szeroka, w 95% płatna. Chorwacja przy tym to raj na ziemi. Nie polecam, nie ma co się rozpisywać, ogólnie nie tak to sobie wyobrażaliśmy. Kolejny wieczór piwny z Thomasem i czas wracać w Alpy.

Dzień 4.

Wyjazd 9:00 kierunek Udine, Villach. Na autostradzie miało miejsce średnio udane tankowanie..) Zawsze tankowałem Repsola odpinając tankbaga i ściągając go z motocykla. Teraz, nie wiem dlaczego, pokusiło mnie, aby odpiąć go tylko z jednej strony, opierając o brzuch i siedząc na moto (wejdzie więcej paliwa jak będzie wyprostowany..)). Po tankowaniu okazało się, że mój jedyny kluczyk jest masakrycznie wygięty i nie da się go włożyć do stacyjki. Kluczyk wygiął się jak śruba. Wizja jego złamania przy prostowaniu, 900 km od domu, sparaliżowała mnie. 20 minut kombinowania, biegania po stacji. Raz się żyje!!! Sprawne palce i włoski krawężnik uratowały sytuację „nie do śmiechu”. Autostradą dojechaliśmy aż do austryjackiego Villach. To nie był najlepszy pomysł, zwarzywszy że droga biegnąca pod autostradą miała o wiele więcej walorów. Biegła przy samej rzece z błękitnie-zieloną wodą, co chwilę tunel i masa zakrętach. Przy najbliższej okazji zjechaliśmy z autostrady. Droga nie za kręta, ruch przyzwoity. Minęliśmy jezioro Ossiacher See. Uroczy zbiornik położony między szczytami. Dalej pojechaliśmy na Feldkirchen w stronę Nockalmstasse. Po krótkiej kawie na stacji, ruszyliśmy na podbój Parku Narodowego Nockberge. Bramki 8 Euro i można delektować się widokami pięknych skał, wodospadów, jeziorek i winkli z asfaltem równym, choć miejscami śliskim, co sam doświadczyłem pół metrowym slajdem tylniej opony, na wyjściu z jednego z zakrętów. Nie przesadzaliśmy z prędkością już do końca dnia i jechaliśmy z Jackiem, jakby był to pierwszy raz po zakrętach. Przeraziła nas wizja klejenia moto tak daleko od domu (taśma super mocna do węży chłodniczych, chyba by nie pomogła). Noclegu postanowiliśmy poszukać w miejscowości Obertauern, znajdującej się na szczycie Twinger Talpass. Po przejechaniu najmniejszego dystansu w czasie naszej wycieczki, czyli ok. 330 km. znalezienie miejsca do spania, nie sprawiło nam większego problemu. Po 30 minutach byliśmy już rozgoszczeni w motocyklowej Tawernie z pokojem dwupoziomowym i wszelkimi wygodami, a na dole bar i pizzeria. Jak co wieczór, pora na piwko. Czas zleciał na przesiadywaniu przy kominku i planowaniu kolejnej trasy. Trasę kolejnego dnia podsunął nam spotkany tam austryjacki robotnik - motocyklista.

Dzień 5.

Następny dzień przywitał nas niecodziennym chłodem. 7 stopni jak na 05 sierpnia (miejscowość Obertauern 1740 m. n. p. m.). Wyjazd zaplanowano o godz. 10:00 po obfitym śniadaniu. Zrobiło się nie wiele cieplej ok. 10 stopni. Opony nie były skore do współpracy przy takiej temp. (oboje jeĽdzimy na oponach Pirelli Supercorsa), a nasza jazda była typowo turystyczna. Zjazdy po drodze o nachyleniu 15% były sporym wyzwaniem. Szczególnie, gdy zakręty były ślepe i łączące się ze sobą. Ze względu na zaplanowany nocleg, gdzieś na granicy austryjacko-czeskiej nie spieszyliśmy się zbytnio. Trasa polecana przez austryjaków drogą Radstad- Russbach-Bad Ischl-Gmunden-Lambach-Eferding-Neufelden-jezioro Lipno, okazała się bardzo piękna. Dojechaliśmy tam na godz. 16:00. Po dojeĽdzie do Jeziora Lipno trzeba przepłynąć na druga stronę małym promem. Pogoda była średnia, niebo zachmurzone, temp. ok. 20 stopni spowodowała, że wszyscy zaczęliśmy mówić i myśleć o powrocie do domu. Widmo następnych 350 km. w siodle, nie wzbudzało entuzjazmu, tym bardziej, że moje kolana już nie dawały rady. Jacek też już narzekał na ból głowy od hałasu (wydech Yoszki R-77 bez db-kilera do cichych nie należy). Po krótkim namyśle ruszyliśmy w kierunku na Czeskie Budziejowice, potem na Tabor i autostradę Brno-Praga. Zmęczeni trafiamy na 30 km. korek przed Pragą, żar z nieba z 30 stopni. Po kombinacjach między autami jakoś to przejechaliśmy i mogliśmy sprawdzić mocowania naszych bagaży (220 km/h). Praga w stronę powrotną nie była już taka problematyczna, drogę pamiętałem z 2005 roku jak byłem na MotoGP. Podróż autostradą w kierunku Polski to leżąca głowa na tankbadzie, byle do Liberca, tam już tylko kilka winkli i w domu. Koniec dnia ponad 700 km .

Podsumowanie:

Mam nadzieję, że nie zanudziłem tym pisaniem, naprawdę starałem się to streścić. W 5 dni zrobiliśmy ok. 2100 km. W jeden dzień robiliśmy od 350 do 700 km. ogólnie mogę powiedzieć, że 1000RR nie jest stoczone do takich tras, ale nie ma sensu zmieniać motocykla, którym jeĽdzi się na co dzień tylko z powodu wakacyjnej wyprawy. Bardzo pomocny w naszej wyprawie okazał się atlas Alpen Norditalien z wydawnictwa Marco Polo, polecam. W razie pytań, proszę pisać na PW.

Noclegi, za osobę.

Włochy-23 euro Camping- Lignano Sabbiadoro, pokoje o niskim standardzie.
Austria-35euro Tawerna – Obertauern, ze śniadaniem.
Austria -40 euro Pensjonat Arabella – Zell am See, ze śniadaniem.
W miejscowościach mniej turystycznych na pewno było by taniej.

Koszt ogólny.

Dwie osoby ok. 2300 zł.
Solo ok. 1800 zł.

Porady mogące się przydać.

- trasy alpejskie i turystyczne miejscowości w sezonie omijać w weekendy,
- jazda po włoskich autostradach – najlepiej z nich zjechać,
- uważajcie na oznaczenia drogowe w Czechach, jeśli nie jesteś pewien gdzie jechać-zwolnij.